Baśń o królewnie z Dworcowej 5 cz.2 Przetrwanie ga-trunku

/
- Alarm! Alarm! - Krzyknął Stefan zeskakując z parapetu i począł napierdalać pałeczką w wiszący obok okna trójkąt. - Gadaj kto idzie? Policja, czy z urzędu kto? - To nie policjanty, gorzej! Zenka Morgali kobita i jeszcze dwie jakieś. - Jakie dwie? - Skąd mam wiedzieć, nie znam, z innego osiedla pewno.

Baśń o królewnie z Dworcowej 5 cz.1 Prohibicja i młotek

/
Dawno, dawno temu, za siedmioma bramami, za siedmioma blokami, za siedmioma trzepakami stała mała remiza, a w niej mała świetlica, a w świetlicy gwar i wrzawa, śpiewy, granie i zabawa, tańce, picie, mordobicie, każdej soboty huczne, nocne życie, lecz we wtorki, gdy dzień targowy zbierał się tu cały kwiat menelstwa by prawić i radzić.

Perypetie prawiczka cz. 2

/
Życie prawiczka nie jest łatwe. I nie ma znaczenia czy ma się dwanaście czy trzydzieści dwa lata, tak samo piętno nieznajomości waginy ciąży i wpędza w niemałe kompleksy.

Córka katechetki

/
Matka ciągle powtarza, że mam za duże cycki, że takie cycki to się podobały i może, ale w jej czasach młodości, a nie teraz, gdzie moda taka "fiu-bździu". Do tych teraźniejszych fasonów to lepsze cycki skromniejsze, mniej wulgarne.

Grzech

/
- Nie myśl w kategoriach grzechu. – Słyszę szept w środku mojej głowy. Stoję na rozdrożu. Robi się ciemno, a ja muszę wybrać drogę. – Nie myśl w takich kategoriach, że kogoś ranisz, że krzywdzisz któregoś z nich.

Uciekinierka

/
Zacznijmy od tego że pisze opowiadania. Tak. Opowiadanie, robiłam to już wcześniej. Zazwyczaj dawałam sobie jedną noc na opowiadanie, ale to jest wyjątkowe. Na tym mi zależy. Po za tym mam maturę i niektórzy wmawiają mi, że nie mam czasu pisać opowiadań.

Spalone mosty

/
Drzwi samolotu otworzyły się, a miasto przywitało nas chłodnym zapachem deszczu. Trzymałam się z tyłu, ciągnąc za sobą walizkę, w której poupychany miałam cały swój mały majątek. Szłam wolniej, ciągle gubiąc krok i rozglądając się wokół, ponieważ wszystko tutaj było dla mnie nowe.

Sen

/
Schodząc po okrągłych schodach starej kamienicy, muskałam delikatnie palcami obdrapaną, niebieską lamperię. Zupełnie tak, jakby moja dłoń spływała w dół wodospadem. Wiedziałam, że idę tędy prawdopodobnie ostatni raz, moje rzeczy stały już na dole – i całe szczęście – nie lubiłam tego mieszkania, zimnego i bez duszy.

Przepraszam, czy mogę uciec z domu?

/
Wiesz, czasem mówią mi takie okropne rzeczy. O tobie, o nas. Powiedzmy, że tasuje i przekładam dni, jak życie swoje. Powiedzmy, że odkrywam pierwszą kartę: Wisielec – to niewola, w której się znalazłam.

Marcepanowy

/
Słońce zaszło już dawno temu. Niebo ciemniało stopniowo, przytłaczane pierzastymi skrzydłami nocnych lęków, owinięte w bezwietrzny zaduch ciszy przed burzą. Na horyzoncie majaczyły jeszcze bladoróżowe cienie. Nimfy, tańczące boso po rosie.

Kiedyś zabijesz mnie życie

/
Teraz wyjdę, a kiedy wrócę, już nie będę twoja, nigdy więcej. Jeśli wrócę. Okrąg księżyca przesypuje się przez klepsydrę. Jak słodki miesiąc, umiejętnie roztarty w pył. I cudny koniec, co jak każdy, mieni się początkiem.

Herbata

/
Melancholia jest głębsza niż zwykle. Dzień rozciąga się w nieskończoność, zlewając się równocześnie z innymi dniami, tak, że nie jestem pewna, czy trwa jeszcze środa, czy to już piątek. Od tygodnia utrzymuje się mgła, na północy miasta, od strony morza jest tak gęsta, że ciężko jest dostrzec statki, stojące w porcie, choćby było się tuż obok nich.