Grzech

– Nie myśl w kategoriach grzechu. – Słyszę szept w środku mojej głowy. Stoję na rozdrożu. Robi się ciemno, a ja muszę wybrać drogę. – Nie myśl w takich kategoriach, że kogoś ranisz, że krzywdzisz któregoś z nich. W filmach pewnie widziałaś taką scenę setki razy: facet dowiaduje się o zdradzie żony i pyta: „ Co jest ze mną nie tak? W czym on jest ode mnie lepszy?” i tak dalej. Aż chce się krzyknąć: „Ależ nieee… Tu nie chodzi o ciebie, mój drogi, nigdy nie chodziło. Wszystko z tobą w porządku, w najlepszym porządku, a on wcale nie jest od ciebie lepszy, powiedzmy, że jesteście mniej więcej na podobnym poziomie. Macie swoje wady i zalety, jeden przoduje w jednych dziedzinach, drugi w innych. Czy tu zawsze musi chodzić o ciebie? Nie. Tu chodzi o mnie. Potrzebuję was obu do szczęścia, czy tak trudno to pojąć? To jest właśnie to, czego potrzebuję w tej chwili. Mój narkotyk, moje placebo, które wreszcie pozwala mi coś poczuć… i nie czuć zarazem tego egzystencjalnego bólu…” Zresztą nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość. Załóżmy, że pan A. nigdy nie dowie się o panu B.. Wówczas to ty będziesz musiała z tym żyć, nikt inny. Więc nie utrudniaj sobie tego, nie myśl w kategoriach grzechu. To niczego nie ułatwia. To całe pieprzenie o winie i pokucie, o diable, kuszeniu i piekle. Piekła nie ma. Po za tym to nielogiczne. Skąd masz pewność, że tylko jeden rodzaj związku jest ok., a inne nie są ok.? Być może w równoległym Wszechświecie za świętą uważa się wszelką dowolność, a nudny związek kobiety z mężczyzną jest grzechem, za który idzie się do piekła? Kto wie? Kto w ogóle ustalił te zasady?!

Grzech. Ta idea ogólnie jest dziwaczna. Trąca trochę manipulacją. Stwarza wyrzuty sumienia i dług, który trzeba spłacić. Odgórnie zakłada, że mamy wpływ na to, co się dzieje. O wiele bardziej lubię determinizm. Założenie, że światem rządzą… może nie tyle przypadki, co związki przyczynowo skutkowe, tak… Wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Być może zostałaś zaprogramowana, żeby postąpić tak, czy inaczej. Być może doprowadziło do tego jakieś zderzenie pojedynczych atomów, odległy trzepot skrzydeł motyla, maleńki trybik zegarka. Być może wolna wola jest złudzeniem. Wybór jest złudzeniem. Cokolwiek nie zrobisz, nie wiesz, czy mogłabyś zrobić to inaczej. Nie wiesz, bo nigdy nie zobaczysz alternatywnych rozwiązań, nie cofniesz się w czasie, żeby sprawdzić, czy możesz dokonać innego wyboru. To tak zgrabnie uwalnia od odpowiedzialności, prawda?

Nie myśl w kategoriach grzechu. To ogranicza. Gdybyś kiedykolwiek brała to na poważnie, to przecież nigdy nie poczułabyś tej słodyczy zakazanego owocu, a przecież obie wiemy, że już miałaś go w ustach, że wgryzłaś się w ten soczysty miąższ, nie raz, nie dwa. I nigdy nie miałaś z tym problemu, traktując ten fenomen, jako ciekawostkę. Traktując tak całe swoje życie. Ba, nawet całe istnienie, Wszechświat i świadomość, jako ciekawostkę, jako coś niebywale dziwnego. Jako coś, czego może wcale nie być, bo co jeśli to wszystko jest jedynie złudzeniem? Symulacją komputerową z innego wymiaru? Snem, albo kiepskim filmem, debiutem reżyserskim niebyt zdolnego kosmity, boga? Co byś zrobiła, gdybyś się nagle dowiedziała, że cały twój ból, całe twoje cierpienie zostało zaprogramowane w jakimś superkomputerze, odtwarzającym losy świata? Gdybyś się dowiedziała, że nie istniejesz? Zresztą co to za różnica, istniejesz, czy nie istniejesz! Czy to coś zmienia? Nieistnienie byłoby nawet lepsze, bo wtedy wszystko byłoby na niby. Rodzenie się i umieranie na niby. Albo może z tym umieraniem to jest tak, że zwyczajnie budzisz się i myślisz: „Cholera… ale jestem głodna, zjadłabym jajko. I w ogóle śniło mi się coś, coś strasznie popieprzonego. Śnił mi się Wszechświat.”

Rzeczywistość jest bardziej nierzeczywista niż ci się wydaje. Czy w związku z tym powinniśmy przestać dbać o cokolwiek? I tak i nie. Wiesz, gdyby wszystkim przestało zależeć i wszystko byłoby dozwolone, byłoby zwyczajnie nudno. Powiedzmy, że ty wiesz, a inni tkwią sobie w tych kurczących się ideach grzechu i poczucia winy, jak w pokojach, których ściany zbliżają się do siebie, by za chwilę zetrzeć ich mózgi na bladoróżową, lepką maź. Siedzą tam i nie widzą drogi ucieczki, ale ty wiesz, przestajesz dbać o to i uwalniasz się. Robisz, co chcesz, bo i tak wiesz, że wybór jest złudzeniem. Wolność jest złudzeniem. Jesteś trybikiem, wprawianym w ruch przez inne trybiki. Nie odpowiadasz wobec tego za swoje czyny. Jesteś niepoczytalna. Niepoczytalny ktoś, który uciekł z domu wariatów, któremu przyśnił się Wszechświat. Przyśnił się   i zamieszał mu mózg wielką, błyszczącą chochlą. Mózg albo umysł, albo świadomość, albo duszę. Albo wszystko to razem w jednym kotle. W gorącym, bulgoczącym gulaszu z serc i kości…
– Zamknij się! – Wrzeszczę do swojej podświadomości. – Po prostu się już zamknij!

*

Obieram ziemniaki, powoli, starając się, żeby skórka była jak najcieńsza. I raz za razem staje mi przed oczami taka scena: Wchodzimy do ciepłego wnętrza. Za oknem mróz. Otrzepujemy buty ze śniegu, a ostatnie jego płatki spadają z kołnierzy naszych płaszczy, by momentalnie stopić się na posadzce. Dalej wchodzimy do mojego saloniku. Mówię: „Wejdź, usiądź… zaraz przyniosę wino.” Siadasz i rozglądasz się. Po chwili staję w drzwiach, trzymając dwa kieliszki, stawiam je na stoliku, przed tobą, nachylając się przy tym znacząco. Uśmiechasz się. W międzyczasie rozpalam w kominku, po czym znikam na moment i wracam z otwartym winem. Siadam obok ciebie i patrzę ci głęboko w oczy, zupełnie tak, jakbym chciała wtopić się w twoją duszę, choć raz przez chwilę wiedzieć, co się dzieje w twojej głowie, bo zawsze było to dla mnie wielką zagadką. Za oknem śnieg sypie coraz mocniej, a koło okna stoi cudownie przybrana choinka. I zawsze ta choinka! Może powinnam ubrać choinkę, nie bacząc na to, że jest dopiero wrzesień?

*

Później kładę się na podłodze i wyobrażam sobie nasze wspólne chwile. Trzymam je w dłoni i próbuję rozciągać, tak, żeby trwały jak najdłużej. Ale one wciąż wymykają mi się z rąk, wyślizgują się, minuta po minucie, godzina po godzinie, a teraz są już tak daleko na osi czasu, że nie potrafię ich dosięgnąć. Chciałabym wierzyć, w przekonania naukowców, że każdy pojedynczy moment czasu istnieje gdzieś niezależnie od innych, że gdzieś tam na tej metafizycznej osi siedzimy, nieprzerwanie wpatrzeni w siebie.
– Aj, przestań pieprzyć! – Słyszę głos za lewym uchem. – Przestań, bo zwariujesz. Choć w sumie to i tak szaleństwo wyłazi z twoich ckliwych tekstów, wpycha się w każdą pojedynczą spację, wylewa się litrami z każdego naciśniętego entera.

– Ja już kompletnie nie wiem… Nie wiem, co robię ze swoim życiem.
– Niszczysz je…
– Jednego dnia rano budzę się i myślę, że chciałabym z nim być. Już po śniadaniu natomiast nie chcę go znać.
– Te twoje obsesje…
– Później planuję samobójstwo, a wieczorem zamawiam płaszcz szyty na miarę, za pieniądze, których nie mam i obmyślam plan na   wakacje. Z wieczora marzy mi się stabilność i rutyna, zasypiam w objęciach dających mi ową stabilność i bezpieczeństwo, po czym budzę się rano z chęcią ucieczki na koniec świata z nim.
– Obsesje, obsesje, obsesje… Zeżrą cię.
– Z nim, który z całego mojego małego światka dba o mnie najmniej. Z nim, z którym nawet nie rozmawiam, bo i co miałabym mu powiedzieć? Z nim …

Z tobą. Powiedziałam ci w myślach, że jesteś mi potrzebny, a ty od razu pytasz „Do czego?”. Mówię, że do wszystkiego, do życia, do funkcjonowania i widzę, jak masz już na końcu języka, żeby mi wygarnąć coś w stylu: „To było nie wyjeżdżać, było zostać, zostawić wszystko, jak było”. A mi wpadła wtedy taka myśl, że wyjechałam tylko po to, żeby zrobić tobie na złość. Był też oczywiście motyw ucieczki, złości na innych, ale tak naprawdę, w najgłębszych pokładach swojej świadomości wiedziałam, że ten akt był skierowany do ciebie, bo tak bardzo mnie wkurzyłeś, że wywiało mnie na drugi koniec świata, że trzymało mnie przeszło dwa lata, że przecież, gdyby mi nie zależało, w żaden sposób, to nie trzymałoby mnie tak długo…

Jak trudno jest wrócić?

*

Wyrzucam obiad do kosza. Jesteś tym, co jesz – jestem nikim.
– Musisz być chuda… Musisz być chuda dla niego…
– Ja wiem… Ale tak bardzo nienawidzę uczucia głodu.
– Chudość to podstawa. Później można dopiero mówić o bladości, zadbanych dłoniach, czy włosach…
– Tak trudno mi się powstrzymać. Nie jadłam… o boże, to już… 20.. nie.. 22 godziny?
– Wiem, że teraz jest nam ciężko. Przypomnij sobie jednak to uczucie, przypomnij sobie jego dotyk i to, jak jego obecność wyzwala cię od głodu. Wyzwala nas. Nie czujemy już nic, po za rozkoszą. Żadnych pragnień, bo mamy już wszystko, żadnego głodu, bo on jest naszym pokarmem, naszym chlebem i naszym winem.

Może od razu pieprzonym Chrystusem Narodów? Nie, nie narodów, ale może pokoi hotelowych… Cholernie przeciętnym Chrystusem pokoi hotelowych i tylnych siedzeń samochodów.

*

Czasem wyobrażam sobie ciebie w różnych pozycjach albo jak bezpardonowo rzucasz mnie na łóżko. Przypominają mi się różne sceny z przeszłości. Przypominają mi się rzeczy, które nigdy się nie zdarzyły, jak wtedy, gdy pytałam cię, dlaczego nie chcesz być ze mną. Nie wiem, co odpowiedziałeś, bo nawet gdybyś odrzekł cokolwiek, działoby się to jedynie w mojej głowie, więc tak naprawdę odpowiedziałabym sobie sama, wkładając to niezgrabnie w twoje usta oczyma wyobraźni.

Stają mi przed oczami również zwykłe, najzwyklejsze rzeczy, jak wtedy, gdy mówiłam ci, że idę rwać jeżyny na wino.

Albo wtedy, co jechałam do znajomych, odebrać im meble, było zbyt rano, jak na mnie, normalnie śpię o tej godzinie. I był mróz, co tutaj rzadko się zdarza. Orzeźwiające, mroźne powietrze w porcie. Wtedy o tobie nie myślałam. Wtedy miałam spokojny umysł. Spokojny, mroźny poranek przykryty bezchmurnym niebem.

Czasem wyobrażam sobie nawet, że ktoś mi nagle mówi:

– Ale słyszałaś? Wiesz, że on nie żyje?

– Jak to nie żyje? – pytam z drżeniem w głosie, a później odzyskuję spokój, wiedząc chociaż raz, co u ciebie, wiedząc, że przynajmniej nie tulisz w ramionach innej kobiety, normalnie układam sobie życie. Innym znów razem atencyjnie rzucam się z mostu, nie mogąc znieść świadomości, że już nigdy nie ujrzę twojego uśmiechu, nie usłyszę głosu. Przechodnie, spacerujący popołudniową porą, rzucają się w moim kierunku, ale żaden z nich nie zdąża – jestem zdecydowana.
Teraz to najwyżej umrę z głodu. Rozpadnę się na kawałki, jak jabłko rzucone o ziemię.
– Nie myśl o tym w kategoriach grzechu. Zapomnij o tym… I nie zapominaj. Poczuj, ale nie daj się ponieść. Popłyń, nie topiąc się. Upadnij nie zdzierając kolan. Zatrać się, lecz nie umieraj. Inaczej twoje truchło rozniesie wiatr. I już nigdy nie dotkniesz ziemi.

Już nigdy nie dotkniesz czekoladowego ciastka.
Papierosa.
Jego ust.


Tekst, foto: Efemeryczna

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments

comments