Sen

Schodząc po okrągłych schodach starej kamienicy, muskałam delikatnie palcami obdrapaną, niebieską lamperię. Zupełnie tak, jakby moja dłoń spływała w dół wodospadem. Wiedziałam, że idę tędy prawdopodobnie ostatni raz, moje rzeczy stały już na dole – i całe szczęście – nie lubiłam tego mieszkania, zimnego i bez duszy.

Choć cały budynek miał w sobie coś tajemniczego. Był stary i posiadał swoje, sobie tylko znane, dźwięki i zapachy. Gdzieś tam zawsze coś stukało, pukało. Wiatr hulał po okrągłej klatce schodowej, zawodząc okropnie, niczym po opuszczonej latarni morskiej, w której wszyscy pomarli, może z głodu, zapomniani przez świat. Zawsze przywodziło mi to na myśl duchy, sunące w dół po śliskiej poręczy, użalające się nad swoim potępieniem, jęcząc i dzwoniąc łańcuchami. Jak w książkach. To miejsce było jak z książki, z całym swoim bagażem lat i tajemnic. Zastanawiałam się czasem, ile ludzi przewinęło się przez te mury, ile w nich umarło.

Na parterze pod schodami znajdowały się niewielkie drzwi, zawsze zamknięte. Często nadwerężałam wyobraźnię, próbując zgadnąć, co się za nimi znajduje. Nie chciało mi się wierzyć, że to jedynie składzik na narzędzia, czy coś równie prozaicznego. Kierując się już w stronę samochodu, tego ostatniego dnia, miałam szczęście – tajemnicze drzwi były uchylone. Nie mogłam się powstrzymać, aby nie zajrzeć do środka, bo taka okazja nie mogła zdarzyć się drugi raz. Gdybym obojętnie przeszła obok, zapewne rzecz ta spędziłaby mi sen z powiek na następne kilka tygodni. Nie powstrzymując więc swojej ciekawości, rozejrzałam się po klatce, czy nikt akurat nie wychodzi z domu i delikatnie odchyliłam drzwi. W środku niewielkiego pomieszczenia panował półmrok – pod sufitem huśtała się jednie mała, słaba żarówka, dogorywająca już powoli. Co do wyposażenia: nie było zbyt szczególne – drabina, grabie… Kiedy miałam się już wycofać, zawiedzona tym zwyczajnym stanem rzeczy, zauważyłam wiszącą na ścianie, szarą, zakurzoną kotarę. Chcąc sprawdzić jeszcze ten mały szczegół, sprawnie ominęłam leżące na podłodze narzędzia i odchyliłam przysłaniający ścianę materiał. Ku mojemu zdziwieniu, zamiast muru, moim oczom ukazały się schody, prowadzące w dół. W dół! Tym większe było moje zdziwienie, ponieważ budynek nie miał piwnic.

Postanowiłam zbadać, co znajduje się poniżej, ostrożnie stąpając po starych, drewnianych stopniach. Wokół mnie robiło się coraz ciemniej, gdyż światło ze słabej żarówki stopniowo przestawało tam docierać. Liczyłam stopnie. Po dziesięciu natknęłam się na drzwi, które otworzyłam bez problemu. Za nimi znajdował się mój własny przedpokój. W środku było ciemno, podobnie jak na dworze, a mocny deszcz bębnił o szyby. Mieszkanie było zupełnie umeblowane, mimo, że pół godziny temu znieśliśmy na dół wszystkie meble. W kuchni kręciła się kobieta o długich, czarnych włosach.

– Kim jesteś? – spytałam, ale nie doczekałam się odpowiedzi, gdyż postać bez słowa wyszła w stronę salonu, choć lepsze byłoby określenie „sunęła” ponieważ niejako unosiła się nad ziemią. Podążyłam za nią, ale rozpłynęła się w powietrzu.

– Dlaczego tu tak zimno? – szepnęłam do siebie, pocierając ramiona. Okno i balkon były otwarte, a firany fruwały na wierze. Dopadłam się do szklanych drzwi i zaczęłam się z nimi szarpać, chcąc je domknąć. I w żaden sposób nie mogłam tego dokonać. Klamka kręciła się dookoła, jakby miała się zaraz urwać. Próbowałam mocniej naprzeć na drzwi, jednak przeszkodziła mi moja towarzyszka, pojawiając się tuż przede mną. Potknęłam się i upadłam na plecy a kobieta zawisła nade mną, tak, że jej włosy muskały delikatnie moją twarz.

– Mogłabyś być egzorcystą –   powiedziała, a ja mrugnęłam kilka razy i o dziwo znalazłam się w swoim łóżku. Miałam wrażenie, że ktoś jest ze mną i nie była to owa kobieta, to było coś złego, coś czego bałam się z całej siły.

Poczułam, że kołdra powoli zsuwa się ze mnie w dół, ale nie spanikowałam, poczułam w sobie siłę, tego egzorcysty, którym mogłam się ponoć stać. Powoli usiadłam na łóżku. Koc ściągnięty był na podłogę, a kołdra powoli spływała, jego śladem. Pomyślałam, że muszę coś z tym zrobić, tak jak w filmach, chciałam krzyknąć coś na kształt profesjonalnego egzorcyzmu.

– W imię Jezusa Chrystusa! – usłyszałam swój własny głos – na chuj ci ten koc? – opadłam zrezygnowana. „Na chuj ci ten koc?”, co to ma być, pomyślałam, po czym natychmiast ocknęłam się znów w łóżku, lecz tym razem sama. Zerwałam się szybko i wybiegłam na schody, które znów prowadziły w dół.

Po dziesięciu kolejnych stopniach znalazłam drzwi, które okazały się drzwiami do mojej sypialni. Poczułam się senna. Chciałam położyć się natychmiast. W pośpiechu ściągnęłam z łóżka wszystkie poduszki i nakrycie, po czym ułożyłam się wygodnie w ciepłej pościeli.

Ktoś był w pokoju. Zacisnęłam oczy i starałam się ze wszystkich sił myśleć o czymś przyjemnym, jak w dzieciństwie, kiedy przyśnił mi się koszmar. Wydawało mi się, że tracę władzę nad moim ciałem. Zupełnie tak, jakby ktoś przywiązał sznurki do moich kończyn i pociągał nimi, wbrew mojej woli, a one drgały same z siebie i nie mogłam nad nimi zapanować. Słyszałam szepty, jakby narady, co ze mną zrobić. Nienaturalne, ochrypłe głosy w ciemności. Miałam wrażenie, że ktoś siada na łóżku, przysuwa się powoli, a ja nie mogłam się ruszyć. Po kilku godzinach nadszedł ranek. Wschód nie był taki jak zawsze, ponieważ światło, które wbiegło do pokoju było czerwone, nienaturalnie czerwone. Paraliż opuścił mnie i poczułam się zmęczona, bardziej niż kiedykolwiek. Gdy odważyłam się z powrotem zamknąć oczy, zorientowałam się, że budynek, w którym się znajduję, płonie. Słyszałam ogień, tuż za drzwiami, jego szum i trzaskające drewniane meble. Czułam zapach spalenizny, zbyt realnie jak na sen, czy jakąkolwiek wizję. Walcząc z sennością, zerwałam się z łóżka. Wybiegłam z pokoju, ale nie było to już moje mieszkanie, tylko kolejne schody w dół. Nic się nie paliło, zapach zniknął, dźwięk trzaskającego drewna także umilkł. Drzwi zatrzasnęły się za mną, a ja zaczęłam biec przed siebie. Wokół panował mrok, a ze ścian wystawały ręce, w białych atłasowych rękawiczkach, całe mnóstwo rąk, które dotykały mnie, muskały i chwytały, gdy przebiegałam. Jedna z nich zerwała ze mnie kurtkę jednak nie wróciłam się po nią. Zbiegałam po stromych schodach, dopóki nie wpadłam na drzwi. W półmroku, wymacałam dużą, mosiężna klamkę i nacisnęłam ją.

Znajdowałam się we wnętrzu, przypominającym katedrę, z gotyckimi strzelistymi witrażami. Nie było w nim jednak ławek, pomieszczenie stało niemal puste, pomijając oczywiście, rzeźbiony, drewniany ołtarz i kilka ozdobnych dywanów. Nie była to typowa katedra, ponieważ jej poszczególne nawy tworzyły niejako oddzielne pomieszczenia. Wszystkie ozdobione rzeźbami gargulców i świecami, mimo, że na zewnątrz było widno. W jednym z takich pomieszczeń odbywało się coś na kształt balu maskowego. Uczestnicy byli dość skąpo ubrani, w oczy raziła czerwień ich masek i puszystych boa z piór, w które były owinięci. Nie sposób było rozpoznać jakiej płci są tancerze. Zdawali się tańczyć walca, choć z nikąd nie płynęła muzyka, a ich odbicia, w długich lustrach zawieszonych na ścianach, wiły się niczym węże, ocierając się między sobą, z wywieszonymi językami. Poczułam na twarzy dotyk czegoś chłodnego, a odwracając się do lustra widziałam dłonie, wkładające mi maskę.

– Gdzie masz resztę kart? – usłyszałam szept tuż za swoim uchem i zaraz potem ujrzałam obok swojego odbicia kobietę, ubraną w jednoczęściowy lateksowy strój, w masce z czerwonych piór, która przysłaniała jej twarz. Iskrzyły się w niej tylko żółte oczy węża.

– Jakich kart? – zapytałam, w odpowiedzi kobieta podała mi dwie z dwudziestu dwóch Wielkich Arkan. Obejrzałam się wokół, a na posadzce, po drugiej stronie lustra, rozsypana była reszta kart, z bogato zdobionej talii. Delikatnie dotknęłam zimnej tafli zwierciadła i o dziwo okazała się ona nie być tak twarda, jak zdałoby się sądzić po pierwszym rzucie oka. Okazała się być niczym tafla wody, wyciekającej wodospadem, a jej strumienie rozstąpiły się na mojej dłoni, tak, że mogłam teraz spokojnie przejść na drugą stronę. Stałam teraz na suficie pomieszczenia, podczas, gdy karty wciąż pozostawały na posadzce. Jak je dosięgnąć? W lustrze ujrzałam swoją zamaskowaną towarzyszkę, która szczerzyła do mnie swój sztuczny uśmiech. Niespodziewanie klasnęła w dłonie, w ja w tym momencie opadłam z hukiem na podłogę, która przez krótką chwilę była dla mnie stropem. Zaczęłam łapczywie garnąć rozsypane karty do piersi, niektóre gięły się w pół, inne wypadały mi z rąk, spadając lekko, a ja na nowo je podnosiłam. Kobieta przeszła przez lustro, śmiejąc się ze mnie w głos.

– Karty kłamią po tej stronie, Kochanie – powiedziała, głaszcząc mój zimny policzek. – Kłamią! Kłamią! Oni wszyscy kłamią! – krzyczała, śmiejąc się szyderczo. – Przybytek kłamców!

Siedziałam dalej na chłodnej, kamiennej posadzce, gdy nagle pojawiło się przede mną dwóch mężczyzn, w maskach, z pokaźnym porożem, wyrastającym z ich bujnych loków. Jeden z nich pomógł mi wstać, a drugi wziął mnie na ręce i zaniósł do drugiej sali, gdzie na purpurowym dywanie stała srebrna klatka, kształtem przypominała klatkę dla kanarka, jednak była zdecydowanie większa. Ułożyli mnie w niej, i zamknęli na małą kłódkę. Prawie natychmiast poczułam się senna, zamknęłam oczy.

W tym czasie karty, rozrzucone na posadzce podnosiły się kolejno i rosły stopniowo, niemalże do rozmiarów człowieka. Uzyskawszy swoją postać, zgromadziły się wokół klatki.

– Zabić! – przerwał ciszę Papież, zgarbiony przez zagięcia na papierze, na którym został nadrukowany.

– Ale może powinniśmy… Może powinniśmy zaczekać. – jąkała się cesarzowa.

– Na co? – wtrącił się Wisielec – Powieśmy ją! Za to jak nas mięła i… i…

– Cesarzowa ma rację – powiedziała chłodno Kapłanka – nasze Słońce zaginęło i nie możemy bez niego mówić… Nie możemy mówić prawdy.

– Co to ma wspólnego z nią? – zapytał Papież.

– Mogłaby je zastąpić… Oczywiście na jakiś czas, dopóki się nie znajdzie.

– Zawsze można ją spalić, gdy już będzie kartą. – zaśmiał się Diabeł.

Rozmowa ta zbudziła mnie i przysłuchiwałam się jej, nie otwierając oczu. Jednak, gdy zawołały mnie po imieniu, usiadłam i przetarłam oczy, udając zaspaną.

– O co chodzi? – zapytałam.

– Będziesz naszym Słońcem! – wykrzyknęła Cesarzowa, z ogromnym entuzjazmem.

– A co jeśli ja wcale nie chcę być Słońcem?

– Nie masz wyboru. – uśmiechnął się w przedrzeźniającym tonie Wisielec, wymownie pociągając za resztkę sznura, uwiązanego u jego szyi, niczym krawat.

– Potrzebujemy tylko… – rozejrzał się wokół Cesarz – Gdzie jest u licha Głupiec?

Jak na zawołanie ujrzałam przed sobą, poznaną mi wcześniej kobietę w masce, która po drodze zrobiła jeszcze kilka efektownych salt.

– Jestem!

– W samą porę! Możemy rozpocząć bal!

– Będziesz Słońcem! Będziesz Słońcem! – Dłonie w białych rękawiczkach dotykały mojej twarzy, rozciągały ją – Musisz lśnić, Słońce! Skarbie! Błyszczeć…

Opadłam na ziemię, a otaczający mnie świat zaczął się powoli rozszerzać i oddalać, tak, że nikt już nie mógł mnie dosięgnąć. Skuliłam się w kącie, rozmyślając. Podeszła do mnie Sprawiedliwość, która odłączyła się od grupy biesiadników.

– Dlaczego się zgodziłaś? – zapytała cicho – Będą cię wielbić, Słońce, lecz później cię zabiją.

– Inaczej zabiją mnie teraz – westchnęłam ciężko – chcę przedłużyć tylko tą… wegetację. Choćby o rok!

*

Wysoki mężczyzna wychodził z klatki, kiedy zadzwonił jego telefon.

– Tak, zgadza się, w szpitalu… – kiwał głową – spadła ze schodów podczas przeprowadzki… Uderzyła się w głowę… Tak, tak, zgadza się… W śpiączce.


Tekst i Foto: Efemeryczna

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments

comments