Perypetie prawiczka cz. 2

Życie prawiczka nie jest łatwe. I nie ma znaczenia czy ma się dwanaście czy trzydzieści dwa lata, tak samo piętno nieznajomości waginy ciąży i wpędza w niemałe kompleksy. Tym bardziej, gdy jeden w klasie się wyłamie i uda mu się zakutasić.

I to już jest odwieczną regułą, zawsze, w każdej szkole, w każdej klasie, znajdzie się jakiś ruchacz, jeden, czasem dwóch, a reszta chłopaków stara się za nim nadążyć i przypodobać mu, przez co dreptamy za nim, częstujemy fajkami, dajemy przepisać z matmy i podpowiadamy na sprawdzianach z nadzieją, że wprowadzi nas kiedyś w to swoje polekcyjno – weekendowe szemrane towarzystwo, dzięki któremu zawsze ma jakąś zajebistą historię dla nas do opowiedzenia, szczególnie po weekendzie. Czyni go to klasowym samcem alfa, który lata ze starszymi chłopakami i wali panienki. Znaczy mówi nam, że wali opowiadając, jak u niego w piwnicy teges albo jak u niej na tapczanie jej starych tamteges. Nikt z nas nie śmiał w to wątpić, tym bardziej, że w szatni na dyskotece lizanko i za cycka złapał ją przy nas – co było mega, a po szkole za rękę ją do domu odprowadza. A my jak chmara much za nim, wpatrzeni w sposób trzymania za rękę, objęć bioder i proces technologiczny zsuwania ręki z biodra na pośladki, który miał przećwiczony do perfekcji, bowiem za każdym razem wyglądało to na przypadek, a nie na zaplanowany, nachalny gest chęci zmacania trzynastoletniej dupeczki.

Dziewczyny w klasie się nami nigdy nie interesowały, bo trybić do rówieśnika uchodziło za obciach największy. Nie reprezentowaliśmy sobą dla nich nic, nawet żaden z nas nie palił na legalu, tylko za garażami albo po sadkach. Chłopak marzeń musiał być kilka klas wyżej, musiał palić papierosy – najlepiej na legalu i nosić czarną dermową kurtkę albo flejersa. Dziewczyny choć z braku laku dawały nam się obtańcowywać na dyskotekach szkolnych to ni za cycka, ni na lizanko liczyć nie mogliśmy. Za mało medialni, za dzieciaki, za koledzy z klasy. Mogliśmy skłamać mówiąc, że – tak, był sex, był sex taki, że jeszcze pachnę cycuszkami i cipką, ale zaraz reszta chłopaków z klasy zmieniała się w dochodzeniówkę i wszczynali śledztwo które miało udowodnić naszą niemożność zaruchania, poza tym po klasie krążyły nasze papierowe sześćdziesięciocztero kartkowe sumienia w kratkę w których stało wszystko. Od rzeczy wstydliwych, do tych najbardziej chwalebnych czynów. Nasze pieprzone „złote myśli” w których by było czarno na białym – tak był tego i tego, o godzinie tej i tej i ruchał, potwierdza się – zaliczył bazę, choć pewnie by to było napisane bardziej językiem jak z rubryki „mój pierwszy raz” w Bravo. Poszliśmy do niego, uprawialiśmy petting – cokolwiek to znaczy, a potem wszedł we mnie, oddychał ciężko, ja oddychałam też ciężko, może nawet ciężej i pojękiwałam. Zwinęliśmy kondom, a potem ubraliśmy swetry, pieszcząc przez całe ubieranie swetrów moje włosy opuszkami palców.

Jedyna szansa i nadzieje na stratę dziewictwa spoczywały na pani Halinie, która choć była w wieku naszych matek, była zupełnie od nich inna. Była niczym najlepsza dupa w klasie, która czterdzieści lat kiblowała. Zupełnie inny model kobiety. Wyglądała i pachniała całkiem inaczej niż nasze matki, poruszała się całkiem inaczej i ubierała się też inaczej, zawsze jak na imieniny na korcie tenisowym u bogaczy. Pachniała Mercedesem, wieżowcami, całym Beverly Hillsem i wszystkimi odcinkami Dynastii tej od Carringtonów. Pachniała nowością, resorakami z Pewexu, podczas gdy nasze matki pachniały krupnikiem, klejem biurowym i prasowaniem koszuli.

Pani Halina prowadziła sklep z pasmanterią i zabawkami i kochali się w niej wszyscy. Jak wracałem ze szkoły to zachodziłem do niej by sobie na nią popatrzeć. Nic nie kupowałem tylko filowałem tak na nią, że niby oglądam towar i się decyduję, a jak już się nagapiłem, szedłem do domu. Moi koledzy z klasy też się w niej kochali. Pytali – Chłopaki idziecie do pani Halinki po lekcjach? No chodźcie, ma dziś te niebieskie jeansy, co się wrzynają w cipkę, wszystko będzie widać, powaga sprawdziłem przed lekcjami – szliśmy, czasem całą grupą, staliśmy i patrzyliśmy przez szklane gabloty.

Pani Halina miała męża, w sklepie bywał rzadko, ale też był taki elegancki jak ona, pachniał Ameryką i telewizorem kolorowym z pilotem. I jako jedyny w mieście miał Volkswagena Golfa. Zawsze w środy mieliśmy mniej lekcji więc lataliśmy do Michała oglądać pornosy, gdy jego starzy byli jeszcze w pracy. Jako jedyny miał w domu magnetowid, a jego ojciec miał niemałą kolekcje filmów porno na kasetach wideo. Raz gdy oglądaliśmy pornosa, któregoś z kolejnych, tam był koleś taki co wyglądał, jak mąż pani Haliny, więc tak przyjęliśmy, że to on. Co jednocześnie nam wyjaśniło, że to właśnie przez to, że gra w niemieckich pornosach, byli tacy światowi. Od tamtej chwili granie w niemieckim porno stało się dla nas symbolem uzachodnienia i dobrobytu. Mąż pani Haliny wcale nam w jej uwielbianiu nie przeszkadzał, byliśmy zdania, że skoro on posuwa te wszystkie towary na pornosach, to jej też tym bardziej będzie wolno posunąć któregoś z nas, tym bardziej, że ruchnięcia czternastoletniego chłopca nie można raczej traktować jako zdrady. Może pół zdrady, ćwierć zdrady, ale z pewnością nie pełnowartościowej zdrady. Marzyliśmy, że któregoś z nas kiedyś weźmie na zaplecze i zerżnie. A ten w ramach solidarności z prawiczkami opowie nam potem wszystko ze szczegółami. Pani Halina nigdy jednak żadnego z nas nie ruchneła i chyba nie zamierzała, nawet patrzyła na nas tak bez zalotności, bardziej jak na intruzów, którzy spróbują coś ukraść, jak tylko się odwróci, wzrok spuści, schyli but poprawić. I nie pomagało nic, żadne gesty, sposoby komunikowania, wysyłane znaki – ciało do ciała jak Lionel Richie w „Hallo”. Nie działało nic. A nasze starania i zabiegi trwały tak do końca szkoły podstawowej.


Tekst: Deimien

Foto: Efemeryczna


Zobacz również:

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments

comments