Wdowa cz.6 Wróżki z wolnego wybiegu

Daria schodziła właśnie do piwniczki, gdy usłyszała pukanie. Powoli i cichutko podeszła do drzwi, myśląc jak bardzo potrzebny jej jest judasz. Obiecała sobie, że przy pierwszej okazji poprosi Antoniego, by ten wywiercił dziurę w drzwiach i zamontował wizjer, by miała wgląd na to, kto stoi w jej sieni, zanim zdecyduje się otworzyć. Tym bardziej, że w chwilach jak ta, jej mózg w przepływie paniki wariuje i układa przeróżne scenariusze. Najczęściej, że pada ofiarą grupy niedopitych meneli, którzy wtargną gdy tylko zwolni zamek, by gwałcić ją przez całą noc, albo co gorsza, co było jej najczarniejszym scenariuszem, wyczyścić jej zapasy wina z piwniczki. Zdała sobie sprawę, że dzieje się tak za każdym, jednym razem, gdy ktoś niezapowiedziany puka do jej drzwi późnym wieczorem. Strach, panika i ta sama obietnica, a gdy tylko Antoni pojawi się u niej, zawsze jest coś ważniejszego do zrobienia, do poprawienia. Jak to bywa w starym domu na wsi. Cieknąca rynna, przesunięta dachówka, przycięcie wchodzącej na chałupę jabłonki, albo wykoszenie pokrzyw za domem. I postanowienie zainstalowania judasza schodzi na plan dalszy.

– Kto tam? – wycedziła przez zęby cichutko i niepewnie, jakby się bała, że przylatujące zbyt szybko przez krtań spółgłoski i samogłoski poobijają jej migdałki.

– Otwieraj! Ile można się czaić?

Przekręciła zamek i uchyliła drzwi.

– Nie wiedziałam, że to ty Żanetko, napędziłaś mi strachu, myślałam, że ten weekend planujesz spędzić w Łodzi. Wejdź do środka.

– Byłam, zrobiłam szybkie pranie, szybkie zakupy i wróciłam. Co robisz wieczorem? Jakieś masz wiedźmie plany? Orgie z diabłem, sabacik, latanie na miotle?

– Spadaj mała wariatko – roześmiała się – planowałam wlać sobie kieliszek wina i wziąć długą, gorącą kąpiel.

– Ok. A więc zmiana planów. Żadnego zamulania w wannie. Wino tak, jak najbardziej. Dużo wina. Ale to już później. A póki co, ja tu coś dla nas mam. – Mówiąc to, zdjęła ze ściany lustro, które położyła na stole. Następnie wyciągnęła z kieszeni mały woreczek, rozsypała jego zawartość na gładkiej powierzchni i za pomocą karty do bankomatu uformowała dwie, długie kreski. Pusty woreczek rozdarła na pół, by wetrzeć to co osadziło się na folii w język.

– Co to jest? – zapytała kobieta.

– To jest gwiezdny pył, zebrany przez moją prywatną, z wolnego chowu, dobrą wróżkę.

– A tak serio?

– Mieszanka amfy, ekstazy i apapu z sekretnego przepisu maestra Pixy. Mam najlepszego dealera na świecie. Z tego całego dostępnego na rynku gówna, wybiera tylko perełki, miesza i tworzy prawdziwą sztukę przyćpania.

– Nie wiem czy chcę tego próbować, za stara jestem na to.

– Daria, nie chce słuchać twojego marudzenia, raz do roku to i księdzu wolno. Ty mi zafundowałaś jako nowe doświadczenie przejażdżkę na Tadku, ja ci pokaże co to jest prawdziwy pierdolec. A więc nie marudź, jedz grzecznie bielinkę i zapnij mocno pasy. No… papusiaj! – podała kobiecie zrolowany banknot pięćdziesiąt złotowy.

– Ty pierwsza.

Żaneta wzruszyła ramionami, włożyła banknot do nosa i pochylając się nad lustrem, wciągnęła połowę jednej z usypanych ścieżek, następnie przełożywszy banknot do drugiej dziurki, powtórzyła czynność, wciągając drugą połowę kreski i głośno pociągając nosem, podała banknot kobiecie.

Daria, która przyglądała jej się uważnie, zrobiła dokładnie to samo. Gdy biały proszek zniknął z lustra, złapała się za nos – Ała, boli.

– Dobrze, zostaw niech ci teraz ładnie spłynie, odchyl głowę, wiem, że gorzkie, przepij colą – podała jej butelkę, a sama podniosła lustro i zaczęła lizać jego powierzchnię. Daria przyglądała jej się z politowaniem.

– Wiesz Żaneta, że to nie wygląda dobrze, dodam więcej, to co robisz wygląda kurewsko żałośnie.

– Oj daj mi spokój, sprzęt kosztuje, nic nie może się zmarnować – odwiesiła lustro na haczyk z pozostawionymi mokrymi smugami od śliny. Podeszła do wdowy, wyciągnęła jej z ręki colę i wychyliła sporego łyka, ta cofnęła się w stronę krzesła.

– Nie szukaj miejsca, bo zaraz i tak ci odpali wiatrak w dupie. – powiedziała i pochwyciła ją za rękę – Daria musimy sobie znaleźć zajęcie i to szybko, coś co nas pochłonie na kilka godzin.

Wdowa nagle poczuła jakby termos kawy wypełnił jej krwiobieg. Dopadła ją nagła potrzeba rozłożenia całego wszechświata na molekuły i ułożenia go od nowa, fragment po fragmencie, według własnych wizji. Mózg jej pracował na najwyższych obrotach, żonglując na zmianę wspomnieniami, planami i postanowieniami. Odleciała tak w swe przemyślenia, że prawie nie słyszała, wciąż paplającej o potrzebie znalezienia sobie zajęcia Żanety. Wzbierała w niej silna potrzeba, której nie mogła wyjaśnić i do niczego dopasować. Potrzeba znalezienia nie znalezionego. Cel czuła tak blisko, na wyciągnięcie ręki, jednak nieokreślony i nie widoczny. Im bardziej wysilała umysł by przybliżyć tą sekretną, potrzebną w tym momencie myśl, tym bardziej przesłaniał ją chaos, przez który nie mogła się przedrzeć. Czuła jak drżą jej dłonie, jak poci się cała. Miotała nią potrzeba przestrzeni, powietrza, ucieczki od krępujących ruchy czterech ścian, które zwężały się i zwężały z każdą minutą coraz bardziej.

Wyszła przed dom, słońce już zaszło za linię horyzontu, niebo mieniło się granatem, lekko ubarwionym odcieniem czerwieni.

Zachwyciła się jego pięknem. Oddychała głęboko, upajając się pięknem natury, której nigdy wcześniej nie czuła się częścią tak mocno. Była powiewem wiatru, zwierzęciem nocy, które wstaje do życia, gdy tylko słońce zwinie swe ostatnie promienie i czmychnie za horyzont. Zrzuciła z siebie fartuch i wybiegła przez tylną furtkę na łąkę. Biegła najszybciej jak tylko mogła. Była wulkanem energii, pędzącą przez mrok sową. Wybiegła na obsiane rzepakiem pole, którego łodygi smagały jej nogi, brzuch i łono. Przebiegła wzdłuż dwa razy i skręciła, nie zwracając uwagi na gęste gałęzie drapiące jej nagie ciało, wskoczyła do sadu w którym panował już całkowity mrok, wszak gęste korony drzew kradły dla siebie resztki światła.

Biegła wzdłuż wąską ścieżką, chłostana co jakiś czas nieprzyciętą gałęzią. Gdy wybiegła na łąkę, bez sił opadła na trawę dysząc ciężko, zamknęła oczy, a gdy je otworzyła dostrzegła stojącą nad nią Żanetę, przyglądającą jej się wielkimi jak talary oczyma.

– Stara ale moc! Nie wiedziałam, że aż tak cię rozjebie. Cycek ci krwawi.

Wdowa przyjechała palcem po zadrapaniu na prawej piersi, następnie go oblizała.

– Chodźmy do ciebie, potrzebuję wina, zaschło mi w ustach i pocę się jak picza.

– Jeszcze nie, chodź, połóż się obok mnie, zobacz na te gwiazdy, planety, ogarnij ten cały kosmos.

– Kosmos to ty masz pod beretem, totalny rozpierdolnik, deszcz meteorytów maczany w drodze mlecznej na kurwa Ostrołękę. A teraz podnoś z ziemi ten podrapany zad i chodźmy już, bo mam Saharę w gębie, muszę się napić! – Złapała ją za rękę i pociągnęła mocno, odchylając się do tyłu. Daria poderwała się na nogi i od razu zaczęła biec w stronę domu.

– Poczekaj wariatko! – krzyknęła Żaneta i pobiegła za nią – Nie biegnij, nie mogę ziać jak klaczka, gdy mam sucho w ustach! Nie rozumiesz?

Gdy wbiegły do domu, Daria podniosła wiklinowy kosz i wysypała z niego na podłogę łupiny po łuskanym rano grochu – Mam pomysł! Wezmę po winku i pójdziemy nad stawy.

– Daj mi to, ja pójdę po wino – wyrwała jej z ręki kosz i zbiegła na dół do piwniczki, po chwili wróciła.

– Pięć butelek, oszalałaś?

– Jest dobrze, zaufaj mi, nie możemy dopuścić do zwały, bo niedziela cała psu w dupę. Chodźmy już nad te stawy.

– Dobrze, ale tak nie pójdziesz, zrzucaj wszystko z siebie. To jedyny sposób byś poczuła na sobie zew natury.

– Pojebało? Pewnie na kogoś trafimy i będzie się zastanawiał, co dwie naćpane pizdy zrobiły ze swoimi ciuchami.

– Nie będzie nikt się tam kręcił. Sobota, wszyscy młodzi pod remizą na zabawie, stare chuje pod sklepem piją. A cała reszta przed telewizorem, pewnie przy sobocie jakieś dobre kino.

– Ta, dobre kino, oglądają chyba galę rozdania kutasów na Polsacie.

– Na przykład… No zrzucaj te ciuchy, bo ci pomogę!

Żaneta rozebrała się i wyszły, przekazując sobie co kilkaset metrów ciężki dość koszyk.

Gdy dotarły na miejsce przywitał je głośny rechot żab. Choć noc była gorąca, od wody biło nieprzyjemnym chłodem. Żanecie od razu ciało pokryła gęsia skórka, a sutki mocno poczęły sterczeć, rysując się na jędrnych, spiczastych choć małych piersiach.

– Zimno mi – powiedziała, rozcierając ramiona.

– Jak ci zimno to się w błocie zagrzeb – zaśmiała się Daria, wywróciła ją w błoto i zaczęła uciekać po grząskim, łagodnym brzegu.

– Zabije! – krzyknęła dziewczyna i zaczęła ją gonić.

Biegły tak grzęznąc w błocie niemal po kolana, piszcząc i krzycząc. W końcu Daria opadła łagodnie na miękkim podłożu, a zaraz obok niej wylądowała Żaneta z spektakularnym wślizgiem.

– Wooohooo!!! – krzyknęła, lądując w miękkim błocie – Zajebiście! Jak na Woodstocku! Heloł! Heloł! Tu Jurek Owsiak i jego dwie pokurwione baletnice, dziś zagra dla was hur dur żab i kijanek z invitro, utwór z najnowszego albumu „Bociany to chuje”. Zachęcamy wszystkich do przypierdolenia w nochal i pogo. Daria! Turlaj się w prawo, a ja w lewo, co nie? A jak krzyknę – Ognia! Zaczniesz się turlać w moim kierunku najszybciej jak możesz, a ja w twoim i jeb! Jeb! Błotna kraksa! Wyzwolenie energii atomowej! Hieroszima rozjebana po raz drugi!

Dwa nagie, ubłocone ciała uderzyły o siebie tak, że wdowa wylądowała na niej, niemal wprasowując ją całą w błoto, wcisnęła jej nadgarstki najgłębiej jak mogła w podłoże i zapytała – I co teraz?

– Wyruchasz mnie ulepionym z błota fallusem?

Ześliznęła się w dół po jej chudy ciele, wcisnęła między nogi i wsunęła język w rozgrzaną, spoconą cipkę.

– Ale ja na bielince to słabo mam ochotę w seksy. Bardziej to bym wino chciała, ej słyszysz?

Zaczęła odpychać się nogami, wbijając pięty w grząskie, śliskie podłoże i pomału sunąć w stronę trawy, wdowa, której wyślizgiwała się z uścisku, powoli sunęła za nią, co sprawiało, że wyglądała jak podczepiony pod nią ubłocony wagon, z wypiętym wysoko do księżyca zadkiem.

– Oj, zostaw mnie, chcę wyjść już z tego bagna, mam błoto w ustach, uszach, cipie…

– W cipie nie masz – przerwała jej Daria i powróciła do buszowania językiem w jej dziurce.

– Serio? Nawet na białku musisz myśleć tylko o jednym?

– Ok. Chodźmy już po to wino mały, znieczulony sromie.

Odgłos bicia kościelnych dzwonów wyrwał ją ze snu. Powoli otworzyła oczy, osłaniając je ręką przed oślepiającym słońcem. Zobaczyła obok śpiącą Żanetę, całą wysmarowaną błotem. Rozejrzała się wokoło i szturchnęła ją w ramię.

– Co? – Zapytała wciąż przez sen.

– Wstawaj! Tylko się nie podnoś by nikt nas nie zobaczył.

– Gdzie my jesteśmy? – zapytała, błądząc zaspanym wzrokiem po słomie na której spały.

– Wygląda na to, że na kupie siana za stodołą Sinickiego.

Błoto na ich ciałach które wyschło na pieprz, pękało i oblatywało przy każdym najmniejszym ruchu.

– Pamiętasz jak się tu znalazłyśmy? – zapytała Daria.

– Nie

– Nie wiesz czy ktoś nas widział? Z kimś rozmawialiśmy? Cokolwiek pamiętasz od kiedy doszliśmy do stawów?

– Nie, totalna, czarna dziura od czasu naszych zapasów w błocie.

– A nie pamiętasz czy przed wyjściem zamykałam dom?

– Do chuja Daria! Czy ja mam na czole napisane – Czarna skrzynka z zapisem fazy z pokładu dwóch naćpanych kurew?

– Nie…

– No właśnie! Brałyśmy to samo, piłyśmy to samo, więc dlaczego to ja mam wszystko pamiętać? Mam w głowie pierdolnik jak ty, poza tym uważam, że jest dobrze. – powiedziała Żaneta i zaczęła się otrzepywać z suchego błota.

– Jak to jest dobrze? Jesteśmy całe brudne, do tego nagie, jest samo południe, a jakby tego jeszcze było mało, od siana do mojego podwórka, dzieli nad jakieś trzysta metrów otwartego placu. I według ciebie jest dobrze? Zajebiście!

– Ale przepiłyśmy speeda i przespałyśmy zwałę.

– Co to takiego?

– Wyobraź sobie, że nad ranem puszcza cię faza speedowa, a twój organizm jest tak spompowany, że jedyne o czym marzysz, to by walnąć się na wyro i przespać resztę życia. Lecz Twój mózg wciąż nie ma dość i cały czas nakręcony, napierdala w lejce, nie pozwalając ci zmrużyć oka, tłuczesz się wtedy po łóżku i ogarnia cię taka wszechobecna chujowość, wszystko cię drażni, boli i aż cię skręca. To jest właśnie zwała. Tak że sobie wyobraź – sięgnęła do stojącego obok niej koszyka, przetasowała jego zawartość, wszystkie butelki okazały się puste, odkręciła jedną z nich, kilka kropel wina spadło na jej język – Jednak nie jest dobrze. Potrzebujemy wina – powiedziała sącząc resztki z drugiej butelki.

– Plan jest taki, zeskakujemy z siana i pędzimy jak pojebane do mnie, droga jest czysta, na polach nikogo, oby tylko na podwórku Sinickich nikt się nie kręcił. No to na trzy-cztery.

Waldek siedział na ławce za domem i dłubał słonecznik, gdy dwie nagie kobiety mignęły mu przed oczyma – Co do chuja? – pomyślał, zerwał się z ławki, odkładając słonecznik i już miał się zakraść i przycupnąć za krzakami przy płocie sąsiadki, gdy sobie przypomniał, jaki finał miała jego ostatnia zabawa w podglądacza. Wrócił na ławkę, usiadł i sięgnął po słonecznik, nie spuszczając z oczu podwórka wdowy.


Tekst: Deimien

Modelka: Lacrima_Mosa

Fotograf: Romek Piątek


Więcej prac Romka Piątka na:

FACEBOOK

https://www.facebook.com/DarkAngelFoto/


Zobacz również:


Chcesz być na bieżąco? Koniecznie daj nam lajka na Facebooku!!!

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments

comments