Wdowa cz.10 Polowanie na czarownice

Wyprowadziła rower na podwórko i poprawiła zamontowany na kierownicy koszyk, który przekrzywił się pod ciężarem leżącej na nim starej, zwiniętej w rolkę wykładziny. Powiesiła na kierownicy torbę na zakupy i pojechała w stronę sklepu. Gdy dotarła na miejsce, oparła rower o płot i przeszła przez otwartą furtkę. Ogródek piwny świecił pustkami, a w środku oprócz sklepowej Baśki stały jeszcze dwie kobiety, które przychodziły w wolnym czasie na ploty. Gdy weszła do środka rozmowy zamilkły.

– Dzień dobry paniom – powiedziała wdowa.

– Dzień dobry – odburknęły jej i odsunęły się, robiąc miejsce przy ladzie.

– Poproszę pieprz mielony i ziołowy…

– Nie ma! – przerwała jej kobieta.

– To margarynę Palmę albo coś innego do pieczenia.

– Też nie ma, skończyła się!

– To niech mi pani da herbatę Liptona…

– Nie ma!

– Jest, tam – wskazała na żółte paczuszki ustawione w równiutkim rządku.

– Nie ma! – odpowiedziała kobieta.

– Acha, rozumiem – powiedziała i wyszła ze sklepu, wsiadła na rower i pojechała do Antoniego.

– No! To mi się podoba! – powiedział Antoni na widok jadącej ścieżką Darii i uśmiechnął się szeroko – Rowerek, świeże powietrze, a nie w domu się kisić.

– Właśnie wracam ze sklepu od Baśki, nie tylko ciebie nie obsłużyła, wygląda na to, że nie jesteśmy mile widziani już w tej wsi, zresztą czy ja tu kiedyś byłam dobrze przez kogoś widziana.

– To, że wieś nas nie chce, to nie znaczy, że mieć nas nie będzie. Beze mnie tej wsi by nie było, a do połogu połowy tych mamroczących pod nosem pizd, osobiście na furze doktora przywiozłem. A sklepem się nie martw, co drugi dzień na Krańce będę do sklepu jeździł, więc i tobie sprawunki zrobię. A tym kurwom i pyszałkom od nas, jak im nasz pieniądz śmierdzi, nie damy zarobić. A teraz jedź zaprowadź rower, pomyśl, co tam ci trzeba i zrób listę, a ja kobyłę do wozu zaprzęgnę, przyjadę i zaraz oboje na Krańce pojedziemy.

Daria usiadła na rower i odjechała. On zaś zamknął na kłódkę chałupę, wyprowadził kobyłę z obory i zaprowadził ją pod wóz do zaprzęgnięcia.

– Antoni! Traktor kupcie, a nie tak zwierzę ganiacie, ostatni we wsi konia mordujesz, jak to tak można?

Stary obejrzał się przez ramię i dostrzegł wójta i proboszcza idących od wejściowej furtki w jego kierunku.

– A tyle jej trudu co wóz ze mną ciągnie, co to jest na taką kobyłę? A nie wymienił bym jej nawet za nowego Zetora! Po co żeś przylazł jeden z drugim? Bo na pewno nie po to by mi o kobyle pierdolić.

– Przychodzimy do ciebie w sprawie Morciakowej – powiedział wójt – Ludzie jej we wsi nie chcą, bo wszelkie zwady i problemy właśnie są przez nią. Morciak zabrał się już dawno, a ona tu siedzi nie wiadomo na co. Prośbę byśmy mieli, byś do niej nie jeździł, jak jej przestaniesz robotę robić to ziemię sprzeda i wróci skąd przyjechała. A tak jej tylko szkodzisz, wiesz jakie we wsi nastroje. Lepiej dla niej, ciebie i całej wsi jeśli ona stąd wyjedzie, póki nie doszło jeszcze do prawdziwej krzywdy.

– Wypierdalaj mi jeden z drugim, bo wjebię zaraz jak psu! – Wrzasnął Antoni, złapał bat leżący na wozie i świsnął nim tuż przed twarzą wójta i proboszcza. Mężczyźni wybiegli z podwórka, a on klnąc pod nosem powrócił do zaprzęgania kobyły.

Wtem ktoś podciął go z tyłu i wywrócił na ziemię. Nie zdążył się podnieść, gdy czterej mężczyźni zaczęli go kopać leżącego. Osłonił twarz i skulił się tak, by zadawane ciężkimi butami ciosy wypadały jak najmniej inwazyjnie. Przez szczelinę między rękami dostrzegł Sinickiego, Witosa i jeszcze tych dwóch, których widział wtedy przed sklepem.

Jędrek dostrzegł z podwórka co się dzieje, podbiegł do kopiących starca mężczyzn, odciągnął ich i zasłonił Antoniego.

– Odejdź Jędrzej, do ciebie nic nie mamy.

– Zostawcie wuja, wystarczy mu! – krzyczał i pomógł staremu wstać z ziemi.

– Takie z was asy, kobyle syny, jak się kupą we czterech na jednego człowieka zwalicie? – zapytał Antoni i splunął krwią w trawę.

– Zamknij się, wuju! – uciszał go Jędrek.

– No chodźcie kurwy, pojedynczo, ja z wami zatańczę.

– Skończyła się twoja kowbojka, nauczymy cię pokory, ciebie i tą twoją kurwę. – Powiedział Sinicki i poszli do drogi, gdzie wsiedli do zaparkowanej na poboczu Skody.

Antoni poprawił zapięcia uprzęży i wgramolił się na wóz.

– A gdzie już wujo jedzie, taki obity? – zapytał zatroskany Jędrek.

– Do Morciakowej, sprawdzić czy i jej nie złożyli wizyty. Idź Jędrek do domu i niczym się nie martw. I dziękuję za to, żeś ich ze mnie ściągnął, dobry z ciebie chłopak. Wio! – Uderzył w lejce i wyjechał na drogę przecinając rowem.

– Tylko niech wujo głupot żadnych nie robi! – Krzyknął Jędrek i wrócił do siebie.

Antoni wjechał na podwórko, zeskoczył z fury i wpadł bez pukania do domu wdowy. – Nic ci nie jest? – zapytał.

– Nie, czego pytasz? A tobie co się stało?

– Sinicki, Witos i jeszcze dwie najemne kurwy mnie poturbowały. Nie daruję! Pozabijam skurwysynów jak sam na sam trafię.

– Antoni, zostaw to już, z całą wsią nie wygramy, trzymajmy się od nich z dala, to i oni nękać nas nie będą. Obiecaj mi, że to zostawisz.

– Dobrze, ale tylko ten jeden jedyny raz. Gotowa jesteś? Jedziemy na Krańce?

– Ale jak? Taki obity? Jedź do domu lepiej, połóż się, prześpij.

– Nie puszczaj mnie samego, bo głupot narobię, albo w szkodę któremuś z tych kurwich synów wejdę. Ochłonąć muszę, pojedziemy, po drodze uspokoję się trochę i pozbieram myśli.

– Dobrze, tylko przemyj sobie twarz chociaż, bo wyglądasz jakbyś z frontu dopiero co wrócił.

Od tamtego wydarzenia prawie nie widywała ludzi, a swoją posesję opuszczała tylko jadąc z Antonim na Krańce.

Pamiętała, jak zawsze mówiła jej matka – Nie interesuj się prywatnymi sprawami ludzi, to i ludzie nie będą interesować się tobą – To była główna dewiza mieszkania w wielkim mieście, w dzielnicy o reputacji dającej wiele do życzenia, gdzie każdy robił swoje i pilnował własnego nosa, a gdy nawet przytrafiło się komuś być w miejscu i czasie dla niego nie odpowiednim, musiał wiedzieć kiedy odwrócić wzrok, przemknąć bokiem niezauważony. Nie zwracaj uwagi na ludzi, a i oni nie zauważą ciebie – tak to funkcjonowało. Lecz jak się to miało do życia na wsi, gdzie każdy interesował się każdym, a czas ludziom płynął na pracy na roli i na plotkach? Wierzyła mocno, że ta reguła mimo wszystko sprawdzi się i tutaj, a każdy kolejny, spokojny dzień, utwierdzał ją w tym przekonaniu, widywała Antoniego i nikogo więcej. Nawet Tadek gdy przechodził obok jej domu, przemykał szybko ze spuszczonym wzrokiem.

Tęskniła za jego towarzystwem, lecz wiedziała, że już go nie zobaczy. A kropką w ich historii miał być jego ślub z córką wójta. Ten dzień w końcu nadszedł.

Na ślub zaprosili wszystkich z sąsiedztwa, oprócz jej i Antoniego. Wesele zorganizowano w remizie. Wiedziała, że weselnicy będą przyjeżdżać pod jej domem, więc już w południe zasłoniła szczelnie zasłony, by nie widzieć radości tej, która jej go zabrała, a może nawet radości i szczęścia samego Tadeusza.

W niedzielę z samego rana, gdy wszyscy odsypiali wesele, poszła na starą kanapę pod jabłoniami. Ubrała się ciepło, wzięła książkę, pamiętnik, termos herbaty i rozsiadła się wygodnie. Był środek jesieni, na ziemi mieniły się kolorowe liście. Stwierdziła, że po dzisiejszym dniu pożegna się z kanapą, a jutro nakryje ją szczelnie plandeką i odkryje dopiero na wiosnę, przywita ją o rok starszą, z kilkoma świeżymi pęknięciami, pozostawionymi na grubej skórze przez bezlitosną, mroźną zimę.

Odpłynęła w wspomnienia o Tadku, wyjęła pamiętnik, otworzyła na czystej karcie i napisała:

Tadeusz Rydzeń, urodzony (diabli wiedzą kiedy), zmarł 23 października 2010 roku.

Odszedł mąż wielu dam, człek wielkiego przyrodzenia i małego rozumu, sztukmistrz fechtunku władania penisem. Zmarnowany kutasi potencjał. Męczennik i niewolnik przyjętych norm i zachowań. Zamordowany przez wpływ społeczeństwa i rządzące nim konwenanse. Rozjechany kołami narzuconego mu przyjętego modelu rodziny.

Panie świeć nad jego pytą.

Wyrwała kartkę z właśnie stworzonym nekrologiem i za pomocą agrafki znalezionej w kieszeni swetra, przyczepiła go do jednej z jabłonek. Zamknęła pamiętnik, odłożyła pióro i wróciła do książki.

Gdy wlała w kubek ostatki herbaty, zerknęła na zegarek, jeszcze rozdział i wracam do domu, pomyślała. Nie chciała by ktoś z idących na poprawiny ją widział, tym bardziej, że już mignął jej kilka razy Sinicki kręcący się po podwórku. Gdy kończyła rozdział poczuła swąd dymu. Rozejrzała się i zobaczyła, że czarna, gęsta chmura wydobywa się z jej podwórka, złapała tylko pamiętnik i pobiegła w stronę domu. Cała sień stała w ogniu, co uniemożliwiało jej wejście do środka, wbiegła do ogrodu, wzięła czerwoną cegłę leżącą pod płotem i wybiła okno w sypialni, otworzyła je i wskoczyła do środka. Niemal cała kuchnia stała w płomieniach. Zamknęła drzwi do sypialni i zaczęła wszystko wyrzucać przez okno do ogrodu, wiedziała, że domu nie uratuje i chciała ocalić najwięcej rzeczy jak to możliwe. Po paru minutach gęsty dym i pierwsze płomienie wdarły się do sypialni, pojawił się też Antoni, który pomógł wynosić wszystko kobiecie i załadował jej rzeczy na wóz.

Straż przyjechała po trzydziestu minutach i ugasili zgliszcza, które pozostały po jej domu, spisali protokół i pojechali. Antoni zabrał Darię do siebie.


Tekst: Deimien

Modelka: Lacrima_Mosa

Fotograf: Romek Piątek


Więcej prac Romka Piątka na:

FACEBOOK

https://www.facebook.com/DarkAngelFoto/


Zobacz również:


Chcesz być na bieżąco? Koniecznie daj nam lajka na Facebooku!!!

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments

comments