Marcepanowy

Słońce zaszło już dawno temu. Niebo ciemniało stopniowo, przytłaczane pierzastymi skrzydłami nocnych lęków, owinięte w bezwietrzny zaduch ciszy przed burzą. Na horyzoncie majaczyły jeszcze bladoróżowe cienie. Nimfy, tańczące boso po rosie. Ciepłe, jak fantazje najskrytsze, wspinające się żyłą równolegle do podłużnych sińców, wprost do serca, rozlewające się po całej mnie. I stygnące już, jak świat w pęczniejących źrenicach.

Coraz chłodniejsze barwy na pędzlu malują tą noc, obficie skapując z rzęs. Sens zamknął się w ustach, całujących zatrzaśnięte powieki. W miękkim szepcie na dobranoc. Nic oprócz nich nie istnieje. Świat zniknął. Tylko para silnych ramion przytrzymuje mi powietrze, a po za nimi rozciąga się nagi kosmos, nie okryty wełnianą peleryną chmur, bez gwiazd, zimny. W obdartą z mgławic przestrzeń, ulatujemy bladymi dłońmi, splecionymi w jedno. Mieniącymi się na ścianach, niczym sokół, gołąb, wróbel. Nikniejemy w oczach. Upadliśmy, a świat przygniótł nas śpiesznym krokiem, za którym nie sposób nadążyć. I świata już nie ma dla nas.

– Śpij.. Śpij już…

Wtuliłam się mocniej głowę, poddając się dłoni, głaszczącej moje włosy.

Ach, jeśli mnie kochasz, jeśli kochasz, Nocy…

Nocy, moja srebrna, lustro bez dna! A każdy w tobie taki… Taki zimny. Rzuciłam się w to głębokie zwierciadło i tonę. Srebrna tafla połyka moje ciało. Sen to znieczulenie, nie pozwala mi czuć, jak słona woda podchodzi z powrotem do gardła. Topienie się jest paskudne, jednak przez sen jest ono tylko powolnym opadaniem, lekkim oddalaniem się od zachodzącego słońca, bez strachu, czy zachłyśnięć. Słyszę burzę, łódka kołysze się coraz bardziej. Jest mi nie dobrze. Spadam. Leże na łące, a ty jesteś bzem, Iluzjonisto. Pachniesz bzem. Pochylając się delikatnie muskasz moje wargi, płatkami. Słodki, marcepanowy Iluzjonista. Jestem Twoja. Zupełnie jak przedmiot, leżący u twych stóp.

Jeśli mnie kochasz, jeśli kochasz, Miłości, skończ mnie! Zgaś mnie!

Pieprzysz mnie. Tak. Pieprz mnie! Mocno! Silne pchnięcia pomiędzy dwoma skrajnymi oddechami. Kontury zanikają w bezdechu, świat traci kształt. Przybiera formę twoich dłoni na mojej szyi. To iluzja. Deszcz drobnych kwiatów jaśminu to tynk, spadający ze ścian. Księżyc huśta się na kablu, powieszony pod sufitem zbrodniarz, co skradł intymność i srebrne poświaty nocy. Jest tak widno. Tak przeraźliwie widno. Sen odszedł bezpowrotnie. Znieczulenie przestaje działać. Ulatuje powoli, znika. Zimne, jak srebrna lufa głaskająca moją skroń. Jestem twoja, odziana jedynie w szkarłatny welon, utkany jakby z mózgu, rozlanego na poduszce. Zaślubiona ci krwią, brudzącą twoje wargi i zaciskająca się na tobie mocniej w chwili tego dreszczu, ostatniego zawahania.

Jesteś niebem. Opadasz na mnie, ciężarem całego wszechświata. Wbijasz się gdzieś w marcepanowe sny, zagrzebane w moim truchle. Chmurne mgławice twojego ciepła są coraz dalej, choć tak na prawdę cały czas tkwią we mnie. Ulatujesz. Stygniesz.

Stygnę.


Tekst, Foto: Efemeryczna

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments

comments