Herbata

13 stycznia

Melancholia jest głębsza niż zwykle. Dzień rozciąga się w nieskończoność, zlewając się równocześnie z innymi dniami, tak, że nie jestem pewna, czy trwa jeszcze środa, czy to już piątek. Od tygodnia utrzymuje się mgła, na północy miasta, od strony morza jest tak gęsta, że ciężko jest dostrzec statki, stojące w porcie, choćby było się tuż obok nich.

Leżę na podłodze swojego mieszkania. Czasem chciałam umrzeć, ale to nie to. To nie depresja, ani destrukcyjne myśli – to tęsknota, dziwna tęsknota za bliżej nieokreślonym czymś. A może kimś? Może całkiem określonym? Jest połowa października, jednak ja znajduję się głęboko w listopadzie. Nie przyszłym listopadzie, ani nawet nie przeszłym, jeszcze w poprzednim, który zacierał się powoli w mojej pamięci, a poszczególne fakty zostały zmienione, przez mózg, który lubi płatać takie figle.

W listopadzie wszystko wydawało się proste, choć w rzeczywistości nic takie nie było. Powierzchownie dotykałam aksamitu chłodnej, sześciostopniowej nocy. Biegłam przez las, w blasku dogasającego ogniska. W listopadzie rozkwitłam, na swój dziki sposób- teraz zwijam płatki do środka. Czarny kocur przeciąga się, po czym przebiega z gracją po brzuchu tego blednącego już pąka, jakby nic nie robił sobie z takiej przeszkody. Czuję się prochem. Jest to jednak bezpieczne położenie, blisko ziemi – nie można spaść.

Wahadło zegara huśta się rytmicznie. Za trzy minuty wybije równą godzinę. Za osiemnaście minut powinien zadzwonić dzwonek domofonu. Codzienny schemat czekania. Jeszcze zdążę potańczyć mentalnie, pohuśtać się na wskazówce. Wciąż leżę, lecz po chwili sunę już w stronę kuchni, rozgrzewam piekarnik, wsuwam do środka zapiekankę. Wstawiam wodę. W pokoju zapalam świece, sprzątam szybko i powierzchownie. Rozpalam w kominku i chwilę trzymam dłonie nad ogniem. Ogrzewanie znów zawiodło – są lodowate. Ja cała pokryta jestem lodem. Pocieram sztywne palce, próbuję je rozruszać. Kilka dni temu chciałam nauczyć się kaligrafii, ale z takimi palcami, sztywnymi od zimna, nie mogę utrzymać pióra.

Czajnik gwiżdże, ja w pośpiechu obieram imbir i kroję. Wrzucam do dzbanka pięć plastrów, kilka goździków, cynamon i czarną herbatę. Później plaster pomarańczy i miód. Na rozgrzewkę. Czasem mam wrażenie, że całe moje życie to nieudolna próba rozgrzania. Ciała bądź atmosfery.

19 stycznia
Zatrzymałam się w miejscu i to jak na razie moja jedyna broń przeciw pędzącemu światu. Jest w porządku, dopóki ktoś mi o tym nie przypomni.

Czasem siedzę w ciszy i zwyczajnie wypominam sobie swoje porażki. Dzisiaj podczas takiej sesji dwie krople kapnęły mi na nogę, w panice zaczęłam sprawdzać sufit, czy aby nie przecieka – nie. Chyba płakałam. Na pewno płakałam, bo zaraz rozbolała mnie głowa, zrobiłam więc herbatę – zwykłą, czarną. Czekając aż wystygnie przeglądam Internet. Znalazłam taki komiks: bohater stresuje się przed wygłoszeniem referatu, po czym wyjmuje buteleczkę z etykietką „Kryzys Egzystencjalny”, łyka kilka pigułek, staje na mównicy i mówi: „Pewnego dnia ja i wszyscy, których kocham umrą, a ten referat nie ma znaczenia, bo zostanę zapomniany, a wszechświat i tak będzie trwał beze mnie.” – To ciekawe, tak samo podeszłam dziś do pisania tekstu na konkurs. A poniżej jeszcze: „Zdobądź już dziś swój Kryzys Egzystencjalny!” Śmieję się w głos – chyba jestem uzależniona od tego specyfiku.

31 stycznia

Dorota powiedziała, że może mam agorafobię. Wygooglowałam – to strach przed otwartymi przestrzeniami, ale ja przecież nie boję się otwartych przestrzeni. Chociaż… Może się boję, skoro mam zawroty głowy i ten straszny ból, który pojawia się za każdym razem kiedy opuszczę dom lub chociażby pomyślę, o tym, że muszę gdzieś wyjść. Ból, na który od samego początku nie było mocnych. Lekarze rozkładają ręce. Rodzina bagatelizuje, że niby symulacja, a mi się już żyć nie chce przez to. Wypróbowałam chyba wszystkie środki przeciwbólowe, dostępne na rynku, antydepresyjne, uspokajające, ziółka, medytacje z nacieraniem się kryształem górskim – nic. Próbowałam też podejść do problemu psychologicznie, więc tłumaczę czasem swojej podświadomości, że to przez nerwy, że ze stresu taka nietypowa reakcja organizmu, ale wtedy ona jakby zmienia kształt i z twarzą mojej matki mówi, że przecież mam bezstresowe życie, że pod kloszem wychowana, a ludzie to dopiero mają problemy, ludzie to mają…

– Mamo, tato… Chcę umrzeć…
– Ty? A to niby czemu? Ludzie mają gorsze problemy i żyją! – Więc stoję oparta o pralkę i krzyczę do swojej krnąbrnej podświadomości, że inni to mają problemy, a ja nie mam się czym przejmować, bo żyję bez stresów. W między czasie wcieram w skronie czerwony, chiński olejek, którego nazwy nie znam, bo jest po chińsku. I nadal nic.

10 lutego

Dzisiaj jest źle. Ogólnie. Muszę wreszcie iść:

  • – do lekarza
  • – szukać pracy
  • – do sklepu
  • – na spacer
  • – na studia
  • – gdziekolwiek
    Zakreśl właściwą odpowiedź.

Biała herbata. Wydaję mi się, że biały to najsmutniejszy kolor… Zima trwa już za długo i w dodatku ta ciągła mgła – dobija. Czytałam ostatnio artykuł, o tym, że naukowcy badają istnienie duszy, ale nie nazywają jej duszą. Mówią, że świadomość może przetrwać poza ciałem, że może nawet przenieść się do innego wymiaru, albo że w ogóle całe to życie jest jedynie halucynacją tejże świadomości. Mam nadzieję, że to nie prawda, bo obecnie moim jedynym pocieszeniem jest idea, że gdy umrę moje ciało rozpadnie się i zniknę zupełnie ze wszystkich wymiarów. Myślenie o tym, że moja świadomość, która zresztą przysparza mi tyle cierpień, poleci sobie gdzieś w nieznane i będzie tak rozrabiać przez całą wieczność, napawa mnie lękiem.

Wybiła szesnasta, czas zrobić obiad – knedle. Ogarniam się trochę, uspokajam i wychodzę spod koca. Rozgniatam ziemniaki, dodaję jajka, mąkę, sól i beznamiętnie zagniatam ciasto. Nie lubię, gdy masa dokładnie oblepia mi ręce na początku, czuję się wtedy dość bezbronna. Kot biega, jak głupi, próbując zwrócić na siebie uwagę – bezskutecznie. To znak, że zaraz coś strąci, potłucze lub na coś wpadnie. Niby wiem o tym, ale nie mogę powiedzieć, że jestem na to przygotowana, bo gdy włazi do konewki wylewając całą jej zawartość, moje opanowanie ulatuje. W pośpiechu czyszczę ręce z ciasta, woda płynie między zlewem a parapetem, utworzoną tam rynienką, zalewa cały blat i wszystko co na nim stoi.
– Do cholery! Dlaczego nie możesz być normalna?! – wrzeszczę – Dlaczego musisz wszystko niszczyć?! Co z tobą jest nie tak?! – W pośpiechu wycieram blat. Przez roztrzęsienie i nieuwagę rozlewam jeszcze zieloną herbatę, która stoi nieopodal i poddaję się. Spływam po szafkach na podłogę i zwijam się w kącie.

18 lutego

Torturuję się bólem głowy. Zastanawiam się, czy po jakimś czasie, jak ten ból będzie się nasilał i nasilał, to czy w pewnym momencie po prostu pęknie mi głowa i zawartość wyleje się na podłogę? Albo odwrotnie. Osiągnę taki stan krytyczny, po którym nastąpić może jedynie ulga? Niestety po trzech godzinach dokarmiania tego bólu hałasem i łzami, jestem już w takim stanie, że powoli dochodzę do wniosku, że każdy rodzaj śmierci (nawet te bolesne) był by lepszy niż ten nieustanny ból w skroniach.

Rodzice mnie wkurzyli. Kot się mnie boi, jak za głośno szlocham i wyję, buczę i smarkam z tego wszystkiego, aż katar cieknie w rękawy, a kot się stroszy i czai.
Mówią, że powinnam się zająć czymś, żeby wyjść gdzieś do ludzi, coś zrobić, pieniądze jakieś zmajstrować . A mi wtedy zaświtało, że jak tak, to wolę chyba skonać. I tak postanowiłam, że to zrobię dziś lub jutro najpóźniej. I mówię im, że ale jak coś znaleźć, że nigdy w życiu nie szukałam i nie umiem zwyczajnie. A później znów się łapię na tym, że nic nie umiem i umierać to też nigdy w życiu nie umierałam i nie potrafię. I z tego mojego nieudacznictwa tak się rzewnie rozpłakałam, że nawet jakbym chciała to nie umiem i nie mogę. Nawet w ramach buntu. Nic z tego! I rozbolała mnie głowa i teraz boli tak strasznie. Pomyślałam sobie, że tylko tacy jak ja, co nie potrafią się zabić jakoś sprawnie, to żyją i pracują sobie, napędzając trybiki tej dziwnej maszynki, a ci lepsi to, że umierają młodo.

I jeszcze to ciągłe: „A w kościele byłaś? Środa popielcowa dziś! Głowę popiołem sypać trzeba!”. Nie byłam. Nigdzie nie byłam. Na samą myśl mi słabo.

19 lutego
Dziś w nocy sporo myślałam, przypomniałam sobie jak osiem lat wcześniej siedziałam na gałęzi drzewa trzymając w dłoni sznurek. Byłam niemal pewna, że za moment go zawiążę i założę sobie na szyję. Nie zrobiłam tego. To znaczy zrobiłam, ale później go zdjęłam. Dawno temu katechetka opowiadała nam, że wystarczy zrobić pierwszy krok, a diabeł sam dopełni tego dzieła, żeby pozyskać duszę, ale to nie prawda. Trzeba zacisnąć zęby i zrobić to samemu. Wszystko trzeba robić samemu. I dzisiaj to zrobię. Postanowiłam już.

Szykuję się do wyjścia. Stygnąca czerwona herbata jest za mocna, tak jak mocna i wyrazista szminka. Rozczesuję włosy, sznuruję gorset i dopinam czerwoną sukienkę. Ściskam w zimnej dłoni jeden bilet – na mosty. Czasem wydaje mi się, że tak wiele energii włożyłam w zaplanowanie swojej śmierci, że zupełnie zapomniałam zaplanować życie. Tak właśnie myślę.


Tekst, Foto: Efemeryczna

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comments

comments