O tym jak spotkałem wróżkę, co emigrantów ruchać chciała

A to było wtedy, gdy Jarkowi we stopie noga pierdolła. W jednej minucie mu gira napuchła i sceglała, jak gęba wikarego przyciętego na zabawie anusem. Szybka piłka – na dzisiaj włóczęgi koniec i na szpital w try miga. Zapakowali w bolida z rombem na masce i co koń z gatek wyskoczy, dwupasmówką na Edi popędzili.

Dojeżdżamy, parkujemy, wchodzimy do środka, a tam poczekalnia zajebana, jak silnik w Jelczu. Bo to niedziela akurat była, a po sobocie to wiadomo – łby porozbijane, ciąże niechciane. Zszywanki, skrobanki – ręce pełne roboty. Lejdi w recepcji sugeruje, żeby dupę posadzić i czekać cierpliwie, bo to może potrwać od chuja i ciut ciut, a jak będzie nasza kolej, to ktoś do nas przyjdzie.

Siadamy, czekamy, Jarek wtedy deklaruje, że mu się palić chce, jak psu jebać i żeby mu po szlugi gdzieś pójść. A że mi się średnio na jeża siedzieć chciało, to że ja polezę powiedziałem.

W szpitalnym butiku mieli wszystko, od drożdżówek stylizowanych na Francję elegancję, po kalendarze ścienne na przyszłoroczny rok, wszystko oprócz gorzały i fajek. Idę przed szpital więc, analizę terenu przeprowadzić. Logistyka level średnio zaawansowany – oczopląs, radar nikotynowy, najbliższy cepeen chociażby namierzyć.

I wtedy to właśnie podeszła ona. Bardziej starsza niż młodsza. Wiek potartaczny. Krajzegi zużyte, robota na pół gwizdka. Gdy zbytu nie ma, produkcja stoi. Klatka stop. Kamera głowę w piach. Przysiąść już kuper w ręce szydełko. Na tym wybiegu pani łaskawa już kariery nie zrobi.

Podchodzi, uśmiech teges. Standardowy zestaw pytań, z cyklu – „Jak rozmawiać z emigrantem”, z kwietniowego Cosmopolitana, wydanie specjalne, po chuju rozszerzone. A pytania w stylu – Skąd jesteś? Jak ci się u nas podoba? Jak długo tu? A potem wielki finał, akcja końcowa, wielkie combo zarywania do Polaczyny –  Pracowałam kiedyś z jedną Polką i jako uwiarygodnienie trzy zwroty po polsku: „dzień dobry, jak się masz i kurwa mać”. Wtedy ona dalej, by nie przedłużać gadka szmatka, że mieszka nie daleko, czy wpadnę na paja i hagis, data ważności do czerwca. Kubas herbaty do tego, albo coś mocniejszego.

Ja, że nie bo tu kolega cierpi i za szlugami wylazłem aby. Ona wtedy, że mi faje kupi, bym szedł nalega, w ramię masuje, portale szarpie.

No i się znarowiłem – Ja to panią żegnam, przepraszam, ale iść muszę. – I na izbę przyjęć. I zanim jeszcze przekroczyłem drzwi szpitala, usłyszałem głos pełen żalu, niczym lament tysiąca płaczek żałobnych, który na zawsze zostanie mi w pamięci – ALE JA NAPRAWDĘ NIE CHCĘ CIĘ RUCHAĆ! JA CHCĘ CIĘ TYLKO KARMIĆ!


Tekst: Deimien

Comments

comments