Wprowadzone przez Damian666

Sen

Schodząc po okrągłych schodach starej kamienicy, muskałam delikatnie palcami obdrapaną, niebieską lamperię. Zupełnie tak, jakby moja dłoń spływała w dół wodospadem. Wiedziałam, że idę tędy prawdopodobnie ostatni raz, moje rzeczy stały już na dole – i całe szczęście – nie lubiłam tego mieszkania, zimnego i bez duszy.

Marcepanowy

Słońce zaszło już dawno temu. Niebo ciemniało stopniowo, przytłaczane pierzastymi skrzydłami nocnych lęków, owinięte w bezwietrzny zaduch ciszy przed burzą. Na horyzoncie majaczyły jeszcze bladoróżowe cienie. Nimfy, tańczące boso po rosie.

Kiedyś zabijesz mnie życie

Teraz wyjdę, a kiedy wrócę, już nie będę twoja, nigdy więcej. Jeśli wrócę. Okrąg księżyca przesypuje się przez klepsydrę. Jak słodki miesiąc, umiejętnie roztarty w pył. I cudny koniec, co jak każdy, mieni się początkiem.

Herbata

Melancholia jest głębsza niż zwykle. Dzień rozciąga się w nieskończoność, zlewając się równocześnie z innymi dniami, tak, że nie jestem pewna, czy trwa jeszcze środa, czy to już piątek. Od tygodnia utrzymuje się mgła, na północy miasta, od strony morza jest tak gęsta, że ciężko jest dostrzec statki, stojące w porcie, choćby było się tuż obok nich.